|
Globtroter, elegant, miłośnik wielkich samochodów i pięknych kobiet. Do tego świetnie zapowiadający się siatkarz. Zbigniew Bartman ujawnia nam największe sekrety swojego życia. I zapowiada, że kiedyś będzie najlepszy na świecie.
Przemysław Iwańczyk, Jerzy Mielewski: Wróciłeś z zagranicznych wojaży, grałeś sezon w PlusLidze ledwie kilka miesięcy, a zdążyłeś już podzielić kibiców. Albo cię kochają, albo nienawidzą. Skąd to się bierze?
Zbigniew Bartman: Jestem kontrowersyjny, nieukładowy i bezkompromisowy. Na pewne rzeczy nie potrafię przymknąć oka i jeśli coś mi nie pasuje albo widzę, że coś ktoś robi źle, mówię o tym wprost. Uważam, że wszystkie niejasności trzeba szybko rozwiązywać, choćby dlatego, by nie powielać pomyłek. Jeśli ktoś popełnia błąd, od razu mu o tym mówię, ale jeśli ja wykonam pewien element nie tak jak powinienem, również jestem przygotowany, że ktoś mi szybko zwróci uwagę prosto w oczy.
Ale masz z tego powodu problemy. Jak każdy, kto mówi, co myśli. W polskiej siatkówce, jeśli jesteś bezpośredni, jesteś zły. A ja lubię ludzi, którzy nie owijają w bawełnę. I ja też tak chcę. Nie powinniśmy chodzić i nadawać na siebie za plecami. Nie ma obrażania, nieporozumień, każdy mówi to, co myśli.
Niektórym nie podoba się też, jak reagujesz po każdej udanej akcji. A Brazylią wszyscy się zachwycają, że są tacy żywiołowi, że tak wspaniale reagują. A na mnie za to się psy wiesza. Pamiętam, że z Michałem Bąkiewiczem było tak samo. Nadawali na niego za żywiołowe reakcje. A ja nie widzę w tym nic złego. To pozytywne emocje, które udzielają się zespołowi. Zresztą niech sobie mówią o mnie, co chcą. Po mnie to spływa.
Legendą obrosło już to, jak twoi rodzice, zwłaszcza ojciec, czuwają nad twoją karierą. Zbigniewa Bartmana siatkarza stworzył i wykreował Leon Bartman? Może to zabrzmi teraz dziwnie, ale na samym początku ojciec nie chciał, żebym był siatkarzem. Wiedział, jaka to wredna gra. Zaczęło się od piłki nożnej w Polonii Warszawa, ale ta przygoda trwała ledwie dwa miesiące. Jako piłkarz zupełnie się nie odnalazłem. Szybko zmieniłem upodobania, przerzuciłem się na koszykówkę. Trenowałem trzy lata, aż do momentu, kiedy wyjechałem na pierwszy obóz do Mrągowa. Nasz nowy trener okazał się psychopatą. Jako 10-letnie dzieci z samego rana musieliśmy biegać siedem kilometrów. Najzwyczajniej pastwił się nad nami. Po tych przykrych doświadczeniach, z owego obozu odebrał mnie tata i zabrał do Olsztyna, gdzie akurat nasza reprezentacja siatkarska grała turniej kwalifikacyjny do mistrzostw Europy, a na zgrupowaniu byli również młodzi chłopcy z Metra Warszawa. Tam trafiłem w ręce Wojciecha Szczuckiego, genialnego człowieka o wielkim sercu do siatkówki. Oczywiście tata cały czas był przy mnie, czasami razem trenowaliśmy. Moi rodzice nie są wysocy, więc nie zapowiadało się, że ja wyrosnę ponad przeciętną. Oni jednak chcieli zrobić wszystko, by mi pomóc.
Więc prawdą jest, że zimą rodzice wywozili cię z Polski w cieplejsze rejony świata, żebyś się lepiej rozwijał i rósł opalając w słońcu? Rzeczywiście tak było. Od 12. roku życia zawsze jeździliśmy zimą na dwa lub trzy tygodnie do ciepłych krajów. Dodatkowo mama, która jest królową kuchni, wcieliła się w mojego prywatnego dietetyka i zawsze jadłem najbardziej wartościowe potrawy. Dostarczałem do organizmu witaminy, minerały i pierwiastki, które są potrzebne żeby rosnąć. Wtedy dla mnie była to kara, bo jako dziecko nie lubiłem wyciskanego soku z marchwi czy innych warzyw, ale jak widać wyszło mi to na dobre. Nie boję się tego, że przylgnie do mnie łatka maminsynka. Bardzo kocham rodziców, nie wyobrażam sobie życia bez nich. Ojciec także teraz zarządza moimi finansami i zawsze mi pomaga. Moja kariera przerodziła się w jego pasję. Nie przeoczy żadnego meczu w sezonie, nawet sparingowego.
Powstało na ten temat wiele anegdot. Ostatnia to taka, że twój ojciec testuje nowy program do robienia statystyk – TATA Volley. Tak, tak, słyszałem o tym. Ale mój tata musi notować wszystkie statystyki, by na bieżąco w czasie meczu wiedzieć, jak gra każdy z zawodników. To mu pomaga w oglądaniu meczu.
Masz dopiero 22 lata, a zwiedziłeś już pół świata. Grałeś w Turcji i Włoszech. Uwielbiam podróżować i zmieniać otoczenie. Szybko nudzę się siedząc w jednym miejscu. W ciągu sześciu lat grałem w pięciu klubach i w trzech ligach. Uwielbiam zmiany. Lubię poznawać ludzi, obyczaje, kulturę. To mnie rozwija jako człowieka. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że jestem jak Andrea Giani i kilkanaście lat gram w Modenie. Albo jak Alberto Cisolla, który całą karierę spędził w Sisleyu Treviso. Jestem zawodnikiem, ale oprócz tego także fanatykiem siatkówki. Bardzo interesują mnie inne ligi, zawodnicy i ich kariery.
Dlaczego wróciłeś do Polski? Musiałem, bo ciągle gadali, że we Włoszech nie grałem, a w Turcji jest słaba liga. Dostawałem białej gorączki po takich komentarzach. Zwłaszcza, że nie żyjemy w średniowieczu i łatwo można było zajrzeć do internetowych statystyk, by przekonać się, że po wyjeździe do Włoch zadebiutowałem już w drugiej kolejce. Jak się okazuje, umiem trochę grać w siatkówkę. Wiem jednak, że sporo mi jeszcze brakuje.
Teraz wybrałeś Rosję. Czy sobie poradzisz w tym trochę dzikim kraju? Myślę, że tak. To dla mnie duże wyzwanie.
Twoja kobieta musi więc także przepadać za siatkówką? I tak, i nie. Rzeczywiście wytrzyma ze mną tylko osoba, która lubi siatkówkę i emocjonuje się nią. Moja kariera powinna w pewnym stopniu być jej pasją, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, że będzie to jedna z moich fanek, która jest mną zafascynowana tylko dlatego, że jestem siatkarzem. Nie chciałbym więc poznać swojej wybranki przez siatkówkę.
Byłeś już zakochany? Nie. Tak na poważnie jeszcze się nie zakochałem. Nie spotkałem w życiu osoby, która byłaby warta mojego uczucia, dla której mógłbym się poświęcić. Obiecałem sobie kiedyś, że przed trzydziestką się nie ożenię i na razie będę się tego trzymał, ale wszystko się może zdarzyć. Oczywiście moi rodzice też wypowiadają się na temat moich dziewczyn. Czasami wydaje mi się, że jest fajna, spotykamy się, a w domu rodzice otwierają mi oczy i przytaczają jej wady. Bywa jednak odwrotnie i zachwycają się jej zaletami.
Dziewczyny za tobą szaleją. Jak sobie z tym radzisz? Jakiś czas temu miałem konto na portalu Nasza-Klasa, ale zrezygnowałem, bo liczba postów i wiadomości mnie przerosła. Oczywiście każdy sportowiec musi sobie z tym radzić. Przecież w pewnym sensie jesteśmy aktorami, którzy grają dla widzów. Jeśli robimy to dobrze, jesteśmy popularni. To jest bardzo miłe, kiedy ktoś rozpoznaje cię na ulicy. Zdarzają się również niezapomniane chwile, tak jak przed meczem z Politechniką Warszawa. Podszedł do mnie starszy pan i poprosił o autograf. Kiedy go złożyłem, wypowiedział zdanie, które mnie zszokowało. „Dziękuję bardzo, jeszcze przed śmiercią udało mi się zdobyć podpis Zbigniewa Bartmana”. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Zamurowało mnie.
Zbigniew Bartman to także elegancki dżentelmen? Zdecydowanie tak. Lubię się ładnie ubrać. Dużo przyjemności sprawia mi chodzenie po sklepach. Ojciec śmieje się, że jestem typową babą. Nauczyłem się tego we Włoszech. Tam dużą wagę przywiązuje się do ubrania, ale i tak prawdziwym mistrzem był mój kubański kolega z zespołu. Wiem, że dość specyficznie ubrałem się na galę Siatkarskie Plusy, ale przyznam szczerze, że to był przypadek. Po prostu nie miałem żadnego ubrania i w dużym pośpiechu zrobiłem zakupy w sklepie przed imprezą. Założyłem krawat na t-shirt i jakoś wyszło – taki styl casual.
Kochasz też samochody... O tak, kocham. Właściwie wszystkie – od najmniejszych po te wielkie. Sam mam wielkie auto, ale te malutkie także mają swoją duszę. Miałem już wozy sportowe, coupe, a teraz przyszedł czas na troszkę większe.
To prawda, że na 18. urodziny ojciec kupił ci pierwszy samochód? Tak, obiecał jak byłem dzieckiem, że sprawi mi pierwszy samochód, ale na każdy następny musiałem sam zapracować.
Szanujesz pieniądze? Zdecydowanie tak. Mam nawet takie okresy, że zachowuję się jak dusigrosz. Kupię sobie film na dvd, a za chwilę żałuję, że wydałem pieniądze, bo przecież nie był mi on tak bardzo potrzebny. Dla równowagi jednak bywa i tak, że lekką ręką wydaję sporo kasy.
Masz przyjaciół? Miałem wielkiego, Michała Kubiaka. Nasze drogi teraz się rozeszły. Kiedyś zdobywaliśmy medale na plaży i byliśmy na siebie skazani. Może dzięki temu narodziła się wielka przyjaźń. Nie jestem typem samotnika. Żeby się dobrze czuć, potrzebuję ludzi. To oni dają mi chęć do życia.
Siatkówka to całe twoje życie? Absolutnie tak i przyznam, że boję się na samą myśl o zakończeniu kariery. Byłem świadkiem, jak Lorenzo Bernardi, jedna z największych gwiazd siatkówki, przechodził na emeryturę. To była okropna męczarnia i smutek. Teraz nasze życie może nie jest łatwe, ale poukładane. W zasadzie wszystko się powtarza. Trening, odpoczynek, trening, i mecz. Tak przez 20 lat. Co będzie, jak tego zabraknie? Niestety pustka.
Na szczęście dla ciebie jesteś dopiero na początku tej drogi... Ale mam już cel, który sobie postawiłem. Na igrzyskach olimpijskich w Londynie w 2012 roku chcę zdobyć medal i muszę być podstawowym zawodnikiem reprezentacji. To nie jest nierealne, bo potencjał młodych ludzi, którzy potrafią grać w siatkówkę, jest naprawdę wielki. Możemy zdominować światową siatkówkę na kilka lat, tak jak zrobiła to Brazylia. Powiem więcej – mamy większe możliwości niż w Brazylii, bo w Polsce jest największe parcie na siatkówkę. Problem w tym, że w pewnym momencie na jakimś etapie szkolenia zatracamy niektóre talenty. Skąd to się bierze, skoro na niemal każdej juniorskiej imprezie walczymy o medale?
Będziesz najlepszym polskim siatkarzem? Marzę o tym, ale daleka droga przede mną. Nie wiem, czy się uda, ale na pewno będę mógł stanąć przed lustrem i powiedzieć, że zrobiłem wszystko, by dopiąć swego. Każdy siatkarz powinien dążyć do bycia najlepszym. Nie tylko w kraju, ale i na świecie. Ja też.
SUPER VOLLEY Przemysław Iwańczyk („Gazeta Wyborcza”, Polsat Sport), Jerzy Mielewski (Polsat Sport)
|